25.02.2013 – BETH HART – Warszawa, Hybrydy

Beth Hart

Stało się. To był mój pierwszy raz z Beth Hart. I z Hybrydami. Kilka chwil, po wejściu do klubu, zajęło mi odnalezienie miejsca, w którym usytuowana jest scena. Hybrydy zapewne doskonale sprawdzają się przy okazji studenckich imprez lub małych kameralnych koncertów, ale nie jestem do końca przekonany, czy pasowały do koncertu takiej artystki. Z drugiej strony opłacało się stanąć przy scenie (żadnych barierek nie było) godzinę przed występem i mieć Beth dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Beth Hart

Beth Hart przy mikrofonie…

Zespół pokazał się kilka minut po 20. Zaczęli od Sinner’s Prayer Raya Charlesa, który to utwór Beth odświeżyła przy okazji nagrywania Don’t Explain z Joe Bonamassą. Z tej samej płyty artystka zaśpiewała również Well Well Delaneya i Bonnie Bramlettów, a po nim zasiadła do pianina (co prawda cyfrowego) i wykonała I’ll Take Care of You (to z kolei kompozycja Bobby’ego Blanda). Beth, ubrana w czarną sukienkę, czarne rajstopy i posrebrzane buty na szpilkach, a także z pomalowanymi, a jakże – na czarno, paznokciami, została bardzo cieple przyjęta przez polską publiczność (zresztą wszyscy muzycy jej zespołu noszą stroje stylizowane na te z lat 50., aby przywołać ducha pin-up). W międzyczasie zapowiedziała, że podczas tego wieczoru wykona kilka utworów z jej  najnowszej płyty – Bang Bang Boom Boom, kilka z Don’t Explain oraz kilka z przeszłości, czyli standard w trakcie tegorocznej trasy. Niestety, przez pierwsze kilkadziesiąt minut nie mogłem w pełni skupić się na koncercie, gdyż kilku pseudofotografów skutecznie mi to uniemożliwiało. Jakby wypuszczeni z klatki, myśląc, że są na pokazie mody lub jakiejś premierze filmowej czy innej ramówce TVN, bez oporów przystawiali obiektyw jak najbliżej (jakby nie mieli opcji „zoom”) wykonującej osobiste utwory Beth, a ochrona w ogóle nie reagowała. Mnie, co prawda, również udało się zrobić kilka zdjęć, ale bez takiej nachalności.

Beth Hart

…przy pianinie i z gitarą akustyczną…

Wracając do muzyki – prawdziwy aplauz spowodowały pierwsze dźwięki tytułowego utworu z ostatniego krążka, po którym usłyszeliśmy Spirit of God tracący jednak na jakości z powodu okrojonego składu koncertowego, gdyż prawdziwego uroku tej kompozycji dodaje sekcja dęta znajdująca się na albumie. W tym miejscu muszę wspomnieć, że na scenie głównej gwieździe towarzyszyli czterej muzycy – Todd Wolf na perkusji (który miał swoje pięć minut podczas solówki na bębnach), Tom Lilly na gitarze basowej oraz Jon Nichols i PJ Barth na gitarach elektrycznych. Swoimi zagrywkami i minami wyróżniał się szczególnie ten ostatni znakomicie zastępując momentami samego Bonamassę wykonującego oryginalne solówki w niektórych utworach. Prawdziwy popis dał w dziesięciominutowym Caught Out in the Rain z niesamowitym dialogiem między Hart a Barthem właśnie. W pewnym momencie koncertu sama Beth sięgnęła po gitarę akustyczną i wraz z zespołem wykonała bujający The Ugliest House on the Block, jednak prawdziwie magiczny moment nadszedł zaraz po tym, mniej więcej w połowie koncertu, gdy artystka wspomagając się pianinem zaprezentowała ucieszonej w tym momencie publiczności Hiding Under Water – jeden z najpiękniejszych utworów w jej twórczości. O dziwo, na czas trwania wspomnianej kompozycji nikt nie robił zdjęć, nie zakaszlnął ani nie komentował. Wszyscy zasłuchani w głos Beth i dźwięki wydobywające się z jej instrumentu. Jak już wspominałem dla takich chwil warto ustawić się wcześniej przy samej scenie, co widać na zdjęciach.

Beth Hart

…i podczas muzycznego dialogu z PJ Barthem.

Nie podnosząc się z miejsca gwiazda wieczoru zaczarowała jeszcze publikę utworami: Chocolate Jesus Toma Waitsa (na życzenie jednej z fanek, gdyż ten utwór nie figurował na pierwotnej set-liście) i Thru the Window of My Mind – jedną z ciekawszych kompozycji na nowym albumie. Widać było, że Beth Hart doskonale się bawi i czerpie dużą radość z występów na trasie, co można było zauważyć, gdy sprawdzała nasze umiejętności wokalne, zmysłowo tańczyła podczas Don’t Explain, energicznie przy metalowym Waterfalls, czy wreszcie, kiedy śpiewała piosenki na samej krawędzi sceny, jakby miała za chwilę zejść na dół do publiczności (uściskając w międzyczasie dziewczynę, która zadeklarowała swoją obecność na mającym się odbyć dzień później chorzowskim koncercie). Zaskoczyła również, gdy na bis wykonała kompozycję zadedykowaną jej mężowi o wdzięcznym tytule Wash Your Feet You Stinky Motherfucker. Jeszcze tylko miażdżący Baddest Blues i muzycy zeszli ze sceny zostawiając na niej puszki Harnasia (!) i półlitrową Cisowiankę (Beth).

Beth Hart

Podpisana przez Beth pocztówka

Można narzekać, że za krótko, że mała sala, że nie było L.A. Song, My California, I’d Rather Go Blind czy Better Man (szczęściarze z Chorzowa usłyszeli dwa ostatnie, zresztą na każdym koncercie setlista jest inna), ale był to magiczny wieczór, który będę długo wspominał. Warto było wydać niemałe przecież pieniądze i spędzić przyjemnie czas w warszawskich Hybrydach słuchając prawdziwej muzyki stanowiącej odtrutkę na te wszystkie Gangnamy i Weekendy, które zalały ostatnio nasz kraj. Beth Hart ma obecnie jeden z najlepszych bluesowych głosów w muzyce. Już niedługo wyjdzie drugi album sygnowany nazwiskami Hart i Bonamassy, więc szykuje się kolejny ciekawy krążek dla fanów tego rodzaju muzyki.

PS A każdy, kto poczekał kilkanaście minut, mógł podać Beth (przez jej męża-menedżera Scotty’ego) swoje fanty do podpisu.    

 

Znalezione w sieci:

Beth Hart – Hiding Under Water (Hybrydy 2013)

 

© 2015 Frontier Theme