8.05.2013 – PENDRAGON – Poznań, Blue Note

IMGP6298

Pendragon po raz kolejny zawitał do naszego kraju. Kraju, który można śmiało nazwać drugą ojczyzną zespołu. Dość powiedzieć, że muzycy zarejestrowali w Polsce kilka swoich wydawnictw koncertowych, a na koncertach za każdym razem są przyjmowani niezwykle entuzjastycznie przez naszą publiczność rozkochaną w brzmieniach (neo)progresywnych. Tego wieczoru w poznańskim klubie Blue Note nie mogło zabraknąć również i mnie, tym bardziej że trasa nazwana została „Classic Pendragon Tour”, co dawało nadzieję na usłyszenie najbardziej udanych kompozycji z całej twórczości tej brytyjskiej formacji.

Zanim jednak na scenę wkroczyli Bogowie (na początku działalności przyjęli nazwę Zeus Pendragon) pojawił się na niej ni stąd ni zowąd Gary Chandler – mózg zespołu Jadis, zapewne znanego tylko wśród zagorzałych fanów tego rodzaju muzyki. Dla mnie Jadis zawsze byli średniakami, taką czołówką, ale z drugiej ligi. Przyjemnie się ich słucha, ale trudno nazwać którykolwiek z ich utworów przebojem na miarę tych, którymi może pochwalić się Pendragon, aczkolwiek solowy występ Chandlera zachęcił mnie do sięgnięcia po starsze dokonania jego macierzystego zespołu, dzięki czemu może zmienię wkrótce zdanie w tym temacie. Muzyk wykazał się niezwykłą odwagą towarzysząc głównej gwieździe podczas „Classic Pendragon Tour”. Rozpoczął od skromnego przedstawienia się, uprzedzenia, że przedstawi za chwilę kilka utworów Jadis, w tym z najnowszej płyty zespołu – See Right Through You, którą można zakupić na „merchandising store” z tyłu klubu, włączył komputerowy podkład pozostałych instrumentów i sam ubrany tylko w gitarę elektryczną zaprezentował skupionej publiczności swoje popisy, także wokalne. Niestety, nie jestem w stanie podać tytułów poszczególnych numerów, ale z zapowiedzi artysty wynikało, że oprócz najnowszego, sięgnął również do wcześniejszych albumów – Photoplay, Fanatic, a także Across the Water. Podczas krótkiego występu, który trwał około 40 minut, z każdą minutą stawał się coraz pewniejszy siebie i zaczął nawet przytaczać krótkie historyjki ze swojego życia. Odniosłem jednak wrażenie, że dla publiczności okazał się jedynie ciekawostką, którą Pendragon wozi w trasę, aby mieć jeszcze godzinę wytchnienia przed swoim występem. Nie należy bowiem oceniać muzyki Jadis po solowym występie lidera zespołu, ponieważ w pełnym składzie wygląda to zupełnie inaczej. Co prawda, Chandler starał się jak mógł i chwała mu za to, ale nie kupił poznańskiej publiczności, która czekała na występ bardziej znanych: Nicka Barretta, Clive’a Nolana, Petera Gee oraz najmłodszego stażem Scotta Highama…

Gdy z głośników wybrzmiały dźwięki opery Georgesa Bizeta – „Carmen”, wiadomo było, że zaraz na scenę wkroczy Pendragon, który miał zaplanowane trzy występy w naszym kraju. Poznański był tym pierwszym, przed koncertami w Warszawie i Bielsko-Białej. Dobry! How are you? i już wiedziałem, że będzie to magiczny wieczór, zwłaszcza że pierwszym utworem zagranym przez Pendragon okazał się The Voyager z albumu The World, który w 1991 roku stał się kamieniem milowym w twórczości Brytyjczyków. Około 12 minut z zagrywkami Barretta zarówno na gitarze akustycznej, jak i elektrycznej, klawiszami Nolana i, co ciekawe, Gee oraz dopełniającymi całości świeżymi partiami perkusji Highama. Gromkimi brawami fani podziękowali za ten utwór i równie entuzjastycznie przyjęli fakt zapowiedzi drugiego – This Green and Pleasant Land. I znów prawie kwadrans soczystego grania. Nowa płyta, moim zdaniem, nie jest najwyższych lotów (oczywiście jak na taki zespół), ale akurat ten utwór można już umieścić wśród klasyków Pendragon. Takich, jak Paintbox, który dopełnił ekstazy wśród publiczności dość licznie zgromadzonej w niewielkim klubie. Barrett był w znakomitej formie wokalnej, mimo że co jakiś czas korzystał z chusteczki higienicznej i koniecznie chciał dowiedzieć się, jak przetłumaczyć „cold” na język polski. No i weź wytłumacz Anglikowi, że to simply „przeziębienie”…

Aby rozruszyć nieco publikę muzycy wykonali The Freak Show z przedostatniego albumu, Pure. Energetyczny, metalowy utwór spełnił swoje zadanie. Podobnie jak Nostradamus (Stargazing), w rytm którego niektórzy fani zaczęli podskakiwać. W międzyczasie pojawił się The Black Night – najstarszy utwór tego wieczoru. Kompozycja ta pojawiła się w 1985 roku na The Jewel i jest rzadko wykonywana przez zespół na koncertach. Ale od czego jest „Classic Pendragon Tour”? Prawdziwą perełką okazał się Your Black Heart wykonany przez Nolana i Barretta (chociaż Higham wcale się nie nudził – sam momentami udzielał się wokalnie). Wypadł zdecydowanie lepiej niż na studyjnym albumie. Nie obyło się bez Breaking the Spell, bardzo ciepło przyjętego przez poznańską publiczność, po którym wybrzmiało Empathy (tego utworu akurat nie darzę… sympatią). Kto by się spodziewał, że w dzisiejszych czasach będziemy mogli pogować przy utworach Pendragon, a także wsłuchiwać się w rapowane teksty Barretta? Na szczęście na bis zagrali Indigo – znakomitą kompozycję otwierającą Pure, a po ponownym wyjściu na scenę – prawdziwy klasyk, Masters of Illusion (niestety, nie był to Angels Robbiego Williamsa wywoływany przez jednego z fanów chwiejącego się już po paru głębszych). Dwa trzynastominutowe utwory na bis, ale jednak ciężko było pogodzić się ze świadomością, że to już koniec. Być może muzycy oszczędzali się przed kolejnym koncertem w Warszawie, gdzie zaprezentowali znacznie dłuższy set? Jak już wspomniałem Barrett pomiędzy poszczególnymi kompozycjami wspomagał się chusteczką higieniczną, Nolan dość statycznie operował klawiszami (nie to, co kiedyś w Piwnicy 21 lub podczas występu Areny), Gee dostojnie przygrywał na basie (czasami również na elektrycznym pianinie), ale wszystkich energią przebijał Higham, który podczas wygrywania swoich partii znajdywał czas na puszczanie oka oraz liczne uśmiechy do publiczności i obiektywów aparatów.

Po ponownym wyjściu zza kulis (tym razem już bez instrumentów) muzycy Pendragon znaleźli czas na pogawędki z fanami, podpisywanie płyt i biletów, a także wspólne fotki, dzięki czemu udało mi się zdobyć autografy wszystkich członków zespołu oraz… kilka kostek gitarowych, których kilkadziesiąt „niechcąco” opuściło swoje pudło podczas przemieszczania go ze stoiska z pamiątkami.

Fot. wpisu: Tim Ellis | flickr.com

© 2015 Frontier Theme