11.06.2013 – DEAD CAN DANCE – Wrocław, Hala Stulecia

IMG_1687

Kto by się spodziewał, że muzycy Dead Can Dance po 16 latach milczenia wrócą do przyjemnych obowiązków i nagrają nowy album? Kto by się spodziewał, że niedługo po tym wyruszą w światową trasę koncertową? Wreszcie, kto by się spodziewał, że podczas tournée cztery razy pojawią się w polskich miastach?

Takiej okazji nie mogłem przegapić i pomny wyprzedanego koncertu w warszawskiej Sali Kongresowej w ubiegłym roku (bilety rozeszły się w ciągu dwóch dni), postanowiłem długo nie czekać i zaraz po ogłoszeniu sprzedaży wejściówek na wrocławski koncert kliknąć tam, gdzie trzeba, aby niedługo po tym cieszyć się z zakupu biletu na jeden z moich ulubionych zespołów.

Zanim jednak legendarny duet pojawił się na scenie, wrocławska publiczność usłyszała supportującego ich Davida Kuckhermanna, który współpracuje z Dead Can Dance. Instrumentalista wykonał kilka niebanalnych „pieces” uderzając rękami głównie w dafy – wschodnie bębny, z których można wydobyć niesamowite dźwięki. Przez pół godziny hipnotyzował nimi siedzących słuchaczy, których część postanowiła przyjść na koncert w gotyckich strojach, chociaż główna gwiazda wieczoru od dawna nie prezentuje muzyki utrzymanej w tym nurcie. Biada tym, którzy spóźnili się choćby minutę na występ Kuckhermanna (zaczął dokładnie o 19:30), gdyż po zgaszeniu oświetlenia hali, musieli przy pomocy wyświetlaczy telefonów komórkowych szukać swojego kiepsko oznakowanego miejsca, czy to na płycie, czy na trybunach.

Pełen profesjonalizm zaprezentowali również muzycy Dead Can Dance, którzy pojawili się dokładnie o 20:30, by zacząć swoje mistyczne przedstawienie. Mimo iż nie jest to zespół z pierwszych stron gazet, w Polsce jest niezwykle popularny. Świadczy o tym również fakt, że Amnesia przez jakiś czas lokowała się na 1. miejscu listy radiowej Trójki. Dla wielbicieli twórczości Dead Can Dance powrót po tylu latach nieobecności był zatem niezwykłym wydarzeniem. Niedługo przed polskimi występami zespół postanowił wydać koncertowy album z tej trasy – In Concert, dlatego zestaw utworów, który zaprezentują, był mniej więcej przewidywalny. Children of the Sun wybrzmiał właśnie w zielonych okolicznościach znanych z okładki tegoż wydawnictwa. Kolor tła zmieniał się w trakcie występu jeszcze kilkukrotnie – od fioletu przez czerwień, po turkus. Po pierwszych dwóch utworach z nowej płyty (jako drugi pojawił się Agape), muzycy zaprezentowali owacyjnie przyjęty przez publiczność Rakim znany z Toward the Within. Trasa promowała jednak Anastasis, więc nic dziwnego, że tego wieczoru wybrzmiały prawie wszystkie kompozycje z tego albumu (kolejnymi były Kiko oraz Amnesia), ale najcieplej przyjmowane były takie utwory, jak: Sanvean (burza oklasków i świetna partia wokalna Lisy Gerrard), Black Sun (z Brendanem Perrym na bębnach), The Host of Seraphim (na cztery głosy) czy genialna Cantara (w trochę krótszej i zmienionej wersji). Perry przedstawił jeszcze grecki Ime Prezakias opowiadający o zgubnym działaniu narkotyków, a podstawowy set uzupełniły dwie nowości: Opium i All in Good Time oraz plemienna Nierika. –Dobranoc! You’re fantastic! – padło z ust Perry’ego i nastąpiła krótka przerwa w oczekiwaniu na cztery bisy.

Dead Can Dance

Autografy Lisy Gerrard i Brendana Perry’ego zdobyte po koncercie

The Ubiquitous Mr. Lovegrove był tym pierwszym. Perry przejął na siebie rolę wokalisty, by oddać ją piękniejszej części duetu podczas wykonywania Dreams Made Flesh This Mortail Coil. Po tym utworze Gerrard zniknęła ze sceny (w tym czasie Perry wykonał Song to the Siren Tima Buckleya), aby po kilku minutach wspomóc zespół w mocarnym Return of the She-King, który okazał się zakończeniem prawie dwugodzinnej przygody z Dead Can Dance w Hali Stulecia we Wrocławiu. Co z niej zapamiętałem? Utrzymującego znakomitą formę wokalną Brendana Perry’ego, który czarował również grą na buzuki, skupioną, prawie niewzruszoną Lisę Gerrard, uroczą Astrid Williamson wspomagającą zespół na klawiszach, a także grę dwóch perkusistów i ogólny mroczny, ale przejmujący klimat podczas całego występu. Po jego zakończeniu powtórzyła się sytuacja spod warszawskiej Sali Kongresowej, kiedy to na zespół czekała znacznie większa grupa wielbicieli Dead Can Dance (we Wrocławiu wydawało się, że samych ochroniarzy jest tylu, ilu czekających na swoich idoli fanów). Otóż Gerrard wyszła niedługo po występie, natomiast na Perry’ego trzeba było znów czekać grubo ponad dwie godziny, ale oboje bardzo sympatyczni chętnie podpisali wszystkie przygotowane przez sympatyków grupy gadżety. Oczekiwanie na muzyków upłynęło wśród ciekawych rozmów o Dead Can Dance i kapel im podobnych. Wkrótce tourbus z artystami skierował się na północ Polski, gdzie dzień później zespół wystąpił na terenie Leśnej Opery w Sopocie, a następnie znów na południe – do Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Co ciekawe, Perry zapowiedział wydanie nowego studyjnego albumu w połowie przyszłego roku i kolejną trasę koncertową.

 

Znalezione w sieci:

Dead Can Dance – Amnesia (Wrocław 2013)

 

Fot. wpisu: Dirk Haun | flickr.com

 

© 2015 Frontier Theme