KING CRIMSON – In the Court of the Crimson King (1969)

In The Court Of The Crimson King

Rzut oka na okładkę płyty i już wiemy, jakich emocji możemy być świadkami w czasie odsłuchu tego krążka. Obraz Barry’ego Godberga jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych, który zagościł na frontach albumów muzyki rockowej. Autor przeżył jednak tylko 24 lata, King Crimson (chociaż są w stanie zawieszenia) działają do dziś. W 1969 roku wydali swój pierwszy i zarazem najlepszy album (moim zdaniem jest to również najciekawszy debiut w historii rocka) – In the Court of the Crimson King.

Już pierwszy utwór potrafi wcisnąć słuchacza w fotel. 21st Century Schizoid Man zniekształconym głosem Grega Lake’a opowiada o nieuchronnej zagładzie ludzkości. Wszystko to polane znakomitymi dźwiękami basu, perkusji, gitary i saksofonu, z którego korzystał Ian McDonald grający również na tym albumie na flecie i melotronie. Miłym odetchnięciem od ostrego jazzu zaprezentowanego w pierwszym utworze jest I Talk to the Wind z delikatnym śpiewem Lake’a i partiami fletu McDonalda, które górują nad gitarą szefa zespołu – Roberta Frippa. Dochodzimy w końcu do najlepszej kompozycji na płycie – Epitaph, który emocjami mógłby obdzielić kilka innych płyt wykonawców z tego okresu. Spokojna ballada znakomicie zaśpiewana przez Lake’a (Yes, I fear tomorrow I’ll be crying), w której nie uciekniemy od wszędobylskiego melotronu. Prawie dziewięć minut mija jak z bicza strzelił. Najdłuższy i zarazem najbardziej ekstrawagancki jest natomiast Moonchild, uznany przez brytyjskich jazzmanów za najciekawszy utwór 1969 roku. Tak naprawdę to trwa on dwie i pół minuty (The Dream), resztę (The Illusion) stanowi totalna jazzowa improwizacja. Ze snu (iluzji?) wyrywa nas ostatni, prawie tytułowy utwór, który zaprasza nas na dwór Karmazynowego Króla. Barokową pompatyczność i orkiestrową aranżację zespół uzyskał poprzez ciekawe wykorzystanie melotronu. W połowie nasze uszy pieszczą dźwięki wydobywające się z fletu McDonalda, a następnie pojawia się The Return of the Fire Witch (trzeba dodać, że wszystkie numery oprócz I Talk to the Wind mają swoje podtytuły) i gdy wydaje się, że w siódmej minucie możemy wyjąć płytę odtwarzacza pojawia się ostatnia część – The Dance of the Puppets.

Niestety, to już ostatnie chwile tej wspaniałej muzyki na tym wspaniałym albumie, który przyniósł muzykom dużą popularność (King Crimson był objawieniem podczas koncertu w Hyde Parku jeszcze przed wydaniem debiutu, na którym przyćmił m.in. The Rolling Stones). Zaskoczyli słuchaczy zmiennością utworów, precyzją ich wykonania, szerokim instrumentarium i poetyckimi, wymagającymi tekstami autorstwa Petera Sinfielda, który był był w zasadzie piątym członkiem grupy (odpowiadał również za iluminacje świetlne na koncertach). In the Court of the Crimson King jest klasyką rocka progresywnego. Płyta to ponadczasowa, chociaż od jej wydania minęły już prawie 44 lata. Jej następczyni, In the Wake of Poseidon, została nagrana już w nieco innym składzie, co stało się regułą przy kolejnych albumach Crimsonów (a w zasadzie Frippa i jego zespołu).

Na zachętę:

King Crimson – 21st Century Schizoid Man (Live 1969)

 

  1. 21st Century Schizoid Man (7:20)
  2. I Talk to the Wind (6:05)
  3. Epitaph (8:47)
  4. Moonchild (12:11)
  5. The Court of the Crimson King (9:22)

 

Robert Fripp – gitara elektryczna

Ian McDonald – instrumenty klawiszowe, melotron, saksofon, flet, instrumenty dęte drewniane, wibrafon, wokal

Greg Lake – bas, wokal

Michael Giles – instrumenty perkusyjne, wokal
 

2 Comments

  1. Muzyczka. Palce lizać!!!!

  2. Bartłomiej Wójcik

    Dokładnie. Już niedługo niektóre utwory w wydaniu na żywo :)

Comments are closed.

© 2015 Frontier Theme