20.08.2013 – ROGER WATERS – Warszawa, Stadion Narodowy

Roger Waters

Zobaczyć The Wall na żywo i umrzeć. Tak mógłby postąpić zagorzały fan Pink Floyd. No bo cóż, biedaczkowi, w dzisiejszych czasach pozostało. Na reaktywację zespołu się nie zanosi, tym bardziej po śmierci Ricka Wrighta. David Gilmour ucichł na ładnych parę lat, Roger Waters napisał co prawda kilka utworów, ale od 1992 roku nie wydał żadnego albumu z rockową muzyką (aczkolwiek są przesłanki, że stanie się to już niedługo). Chwała mu więc za to, że postanowił wskrzesić swoje najambitniejsze dzieło, jakim jest koncept o murze stopniowo odgradzającym rockowego muzyka od społeczeństwa.

Trasa „The Wall Live” okazała się mieć dwie odsłony: halową i stadionową. Podczas tej pierwszej muzyk odwiedził Polskę i dwukrotnie wystąpił w łódzkiej Atlas Arenie. Nie dane mi było, niestety, uczestniczyć w tych wydarzeniach (do dziś nie mogę pojąć, jak to się stało). Z nieukrywaną radością i ulgą przyjąłem zatem fakt, że lider Pink Floyd postanowił swój spektakl przenieść na stadiony i ponownie wystąpić w naszym kraju – tym razem na Stadionie Narodowym w Warszawie. Tym samym zaprzeczył samemu sobie. The Wall opowiada bowiem historię artysty, który traci kontakt m.in. z publicznością, a temu sprzyjają koncerty na ogromnych obiektach mieszczących kilkadziesiąt tysięcy osób. Waters udoskonalił jednak swoje show i przystosował do ogromnych scen na całym świecie, dzięki czemu druga część tournée miała być jeszcze bardziej efektowna. Tak naprawdę obecną trasę przypominającą jeden z najważniejszych albumów w historii rocka można uznać za tę właściwą, ponieważ na początku lat 80. muzycy Pink Floyd decydowali się na występy tylko w kilku miastach na całym świecie prezentując spektakl kilka dni pod rząd. Miało to związek z oprawą przedsięwzięcia, która uniemożliwiała ciągłe podróżowanie. Obecnie mur krąży trzeci rok z rzędu po różnych obiektach, a koszt realizacji jednego przedstawienia wynosi ponad 60 milionów dolarów! Waters wraz z grupą odpowiednich muzyków dopiero teraz spełnił swoją artystyczną wizję związaną z The Wall. Mimo, iż jest to album Pink Floyd, ma do tego pełne prawo. W końcu sam wymyślił cały koncept, napisał teksty, skomponował muzykę. Jedynie przy trzech utworach widnieje nazwisko Gilmoura (Young Lust, Comfortably Numb i Run Like Hell), a przy jednym Boba Ezrina – autora orkiestrowej aranżacji The Trial. Ponadto, po 34 latach od premiery albumu, dzisiejsze koncerty mają szerszy wydźwięk, związany z licznymi konfliktami wojennymi. Dzięki temu, Waters mógł zaprezentować nowe obrazy wyświetlające się na 150-metrowym murze, jaki pojawił się na warszawskim stadionie.

Roger Waters zaprezentował na Stadionie Narodowym fantastyczne widowisko. Było wybuchowo...

Roger Waters zaprezentował na Stadionie Narodowym fantastyczne widowisko. Było wybuchowo…

Co do samego koncertu – nawiązując do pierwszego stwierdzenia, jeszcze żyję, ale rzeczywiście ciężko będzie jakiemukolwiek artyście przebić to, co usłyszałem i zobaczyłem podczas występu Watersa. Jak powszechnie wiadomo, The Wall nie jest zwykłym koncertem, na którym można się wyszaleć i pomachać czaszką przed barierkami. Siedząc na jednym z ponad 58 tysięcy krzesełek umieszczonych na sportowym obiekcie, czułem się, jakbym uczestniczył w projekcji filmu na wielką skalę. Być może poczuli się tak również pozostali uczestnicy wydarzenia, ponieważ nawet kilkanaście minut po godzinie 20 (o której miał się rozpocząć spektakl) przechadzali się bezkarnie szukając swojego miejsca i trzymając w ręku butelki coli, kubełki z popcornem czy inne hot-dogi. To pewnie ci sami, którzy po udanych występach Madonny, Coldplay i Depeche Mode z rozpędu kupili bilety na kolejny koncert światowej klasy artysty. Owo zamieszanie na widowni mogło mieć wpływ na to, że wszystko zaczęło się z trzydziestominutowym opóźnieniem (przy gwizdach niezadowolonej „publiczności”). Na szczęście przez kolejne dwie i pół godziny na stadionie królowali już tylko Artyści. Nie ma sensu rozpisywać się, co działo się na scenie minuta po minucie. Napiszę tylko, że nie zabrakło absolutnie niczego. Był potężny wstęp z fajerwerkami przy In the Flesh?, był samolot roztrzaskujący się o mur w końcówce tego utworu, był świetny gitarowy wstęp do Another Brick in the Wall (Part II) oraz występ dziecięcego chóru z Rudzienic, który odgrażał się kukle z podobizną nauczyciela. Było podziękowanie i przesłanie samego Artysty w języku polskim (!) zaraz po odegraniu The Ballad of Jean Charles de Menezes – nowego utworu włączonego do tracklisty The Wall, dedykowanego młodemu mieszkańcowi Londynu, który został omyłkowo zastrzelony przez funkcjonariuszy policji podejrzewających go o zamachy terrorystyczne. Była również postać matki, był Waters AD 1980, była „młoda żądza” wyświetlana na murze i genialna animacja z kwiatami, były symbole religii, polityki i konsumpcjonizmu zrzucane przez bombowce B-52 i w końcu włożenie przez ekipę techniczną ostatniej cegły do muru, zza którego Waters żegnał się z okrutnym światem (Goodbye Cruel World). Godzina koncertu minęła, a to dopiero pierwsza część tego wspaniałego spektaklu.

...kolorowo...

…kolorowo…

Druga rozpoczęła się po 25 minutach przerwy, podczas której stadionowi bywalcy mogli ustawić się w kilkunastometrowej kolejce po ciepłe zapiekanki. Ci, którzy czekali ze spokojem na dalszy ciąg, od początku wpatrywali się w ustawiony na scenie ogromny mur, który przysłaniał wszystkich muzyków wykonujących jeden z moich ulubionych utworów na albumie – Hey You. Czasami jednak artyści odsłaniali swoje oblicze i wyłaniali się na chwilę, aby zaprezentować nieprzeciętne umiejętności. Swoje pięć minut mieli np. gitarzyści w instrumentalnym Is There Anybody Out There? Później do akcji wkroczył Waters śpiewając w specjalnie zaaranżowanym pokoju Nobody Home, a następnie Vera i Bring the Boys Back Home, którym towarzyszyły znakomite wizualizacje wyświetlane na murze. Czasami trudno było skupić się na muzyce, wpatrując się w przekaz Watersa, z którym podróżuje po całym świecie. W Warszawie mogliśmy się przekonać, że do każdego koncertu przygotowuje się szczególnie. Oprócz wspomnianego wcześniej przywitania się i dedykacji całości przedstawienia wszystkim ofiarom terroryzmu w języku polskim, publiczności ukazywały się swojsko brzmiące napisy (Nie, niech spieprzają! jako tłumaczenie No fucking way!), które zostały przyjęte gromkimi brawami. W drugim akcie również nie zabrakło legendarnych scenicznych symboli The Wall. Z początkiem In the Flesh Pojawiła się więc świnia, która została sprytnie „ujęta” pod koniec przedstawienia. Sam Waters w swoim faszystowskim uniformie miał okazję „postrzelać” z karabinu do publiczności, którą chwilę później poderwał do wspólnej zabawy przy dźwiękach Run Like Hell. Ostatnie kilka minut spektaklu należały ponownie do matki, żony i nauczyciela głównego bohatera – Pinka, którzy z pomocą Najwyższego Sędziego wydali ostateczny wyrok – Tear Down the Wall! Niezapomniane animacje Geralda Scarfe’a znane z filmu oraz zupełnie nowe, niektóre nawet trójwymiarowe, ciekawie uzupełniały cały Proces (The Trial), a emocje towarzyszące burzeniu muru okazały się bezcenne. Po dokonanym akcie wandalizmu, spektakl mógłby się skończyć, ale jest jeszcze Outside the Wall, który wszyscy muzycy wykonali stojąc pośród zgliszczy opadłej budowli. Dopiero teraz widać było, jak wzruszeni są artyści, a w szczególności autor całego zamieszania, który po kilkakroć dziękował aplauzującej publiczności, po czym ukłonił się wraz ze swoją liczną ekipą i przedstawił po kolei każdego z muzyków schodzących ze sceny.  Tu należy wspomnieć, że na gitarach zagrali m.in. Snowy White, który brał udział w oryginalnej trasie The Wall w latach 1980-81 oraz Dave Kilminster, odgrywający nieśmiertelną solówkę w Comfortably Numb.

...i burzliwie.

…i burzliwie.

Ten, kto miał możliwość zobaczyć na żywo wydarzenie roku 2013, niech zapomni o tych wszystkich Brit Floydach, Australianach i innych Anotherach, którzy żerując na ciekawskich fanach wychowanych na dźwiękach Pink Floyd, wystawiają swoje „spektakle” za niemałe pieniądze, nie dorastając nawet do pięt żadnemu z muzyków oryginalnego składu.

Dla mnie, po tym występie, już nic nie będzie takie samo.

Chyba, że Mistrz wróci z projekcją w formacie 3D…

 

Fot. Bartłomiej Wójcik

 

© 2015 Frontier Theme