9.10.2013 – FISH – Warszawa, Progresja

Fish

Fish czuje się w Polsce jak ryba w wodzie. Nie dziwne zatem, że aż 8 z 40 koncertów promujących nową płytę podczas trasy „Moveable Feast Tour” zaplanował w naszym kraju. Ja miałem przyjemność gościć podczas drugiego z nich. Po występie w gdańskim Parlamencie, dzień później były wokalista Marillion przybył do stolicy, aby wraz ze swoim zespołem zaczarować swoich fanów w Progresji.

Środa była dla mnie pełna wrażeń – pobudka o 5:30, wyjazd do Poznania, obrona pracy magisterskiej, ciepły posiłek i podróż pociągiem do Warszawy. Teoretycznie na godzinę 19, jak sugerował napis na plakacie. Ostatecznie jednak koncert rozpoczął się dokładnie 60 minut później, bez żadnego zbędnego supportu.

Fish

Plakat promujący wydarzenie

Zaczęło się tak, jak na nowym albumie – od znakomitego Perfume River, który nadaje się na otwieracza koncertów na nowej trasie, jak żaden inny. Wstęp do utworu, zagrany przy użyciu dud, trzeba było wygenerować, ale niedługo potem do głosu doszły prawdziwe instrumenty, a wśród nich ten najważniejszy – głosowy, należący do dwumetrowego Szkota w okularach i z obowiązkowym szalem. Fish sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego z powrotu na scenę i z zaangażowaniem zachęcał publiczność do klaskania w rytm pierwszych taktów A Feast of Consequeces. Jednakże koncert byłego wokalisty Marillion nie może odbyć się bez kompozycji jego macierzystej formacji. Dlatego ku uciesze fanów zespół przypomniał magię pierwszego albumu, wykonując Script for a Jester’s Tear (dedykowany Piotrowi Kaczkowskiemu) oraz He Knows You Know. Lekkim zaskoczeniem mogło być włączenie do set-listy najbardziej mrocznego utworu z poprzedniego albumu, 13th StarDark Star. Zaraz po nim jednak nastąpił zupełny kontrast – singlowy All Loved Up. Fish chyba nie może spać po nocy, dziwiąc się, że to jego najwyżej notowany w Polsce „przebój”, o czym nie omieszkał przypomnieć również warszawskiej publiczności. Szkot znany jest ze swoich długich przemówień podczas koncertów – w Progresji przed wykonaniem What Colour is God? przypomniał trzy historie, które nawiązywały do relacji pomiędzy białymi a czarnymi mieszkańcami naszej planety, natomiast zapowiadając Blind to the Beautiful (zagrany z wykorzystaniem tylko gitary akustycznej oraz klawiszy) przyrównał Matkę Naturę do gniewnej kobiety. W tym pierwszym utworze wokalnie wspomagali go basista Steve Vantsis oraz klawiszowiec Foss Paterson. Zespół uzupełniali: gitarzysta Robin Boult oraz perkusista, mający również swoje pięć minut podczas solówki – Gavin Griffiths. Niestety, pomimo tylu wizyt w Polsce, Fish nie opanował jeszcze zbyt dużo słów w naszym języku, bazując na klasycznym Dziekuja, Warszał (hmm… swoją drogą ciekawe jak wymówi Wałbrzych?), Trojka czy Zubrówka. Sam przyznał, że dzień wcześniej w Gdańsku poznał jakieś polskie słowo, którego nauczenie się zajęło mu około czterdziestu minut, ale już zdążył go zapomnieć (wskazując przy tym na „shine” na głowie). Dłuższej zapowiedzi doczekały się również trzy części suity High Wood. W czasie ich wykonywania na ekranie pojawiały się obrazki z czasów I Wojny Światowej, w której uczestniczył dziadek Fisha (w innych utworach ukazywały się grafiki znane z okładek albumów i singli). Był to ostatni akcent z nowej, bardzo udanej zresztą płyty – A Feast of Consequences, którą można było zakupić u Tary (córki wokalisty) na promocyjnym stoisku wśród innych gadżetów związanych z nową trasą koncertową. Podstawową część występu zamknął kilkunastominutowy medley złożony z kilku utworów zarówno Marillion, jak i z solowych albumów Fisha, wśród których znalazły się: Assasing, Credo, Tongues, Fugazi, White Feather i View from the Hill. Wspomnienie przeszłości pojawiło się w Progresji ponownie podczas zagranego na bis Freaks, którego próżno szukać na regularnych wydawnictwach Marillion. Po jego wykonaniu muzycy pozostali jeszcze na swoich miejscach, aby zaprezentować Lucky – kompozycję z drugiej solowej płyty Fisha, który zdążył w międzyczasie przedstawić całą swoją ekipę, zbierającą burzę oklasków od publiczności. Ta natomiast odwzajemniła się artyście, wywołując go na drugi bis. The Company, który był ukłonem w stronę fanów, wybrzmiał jako ostatni tego wieczoru. Znów gorąca owacja, pożegnania i obietnica powrotu do Polski w przyszłym roku.

Fish

Podpisana okładka B’Sides Themselves

Przed Fishem jeszcze kilkanaście koncertów w różnych częściach Europy, a później drugie tyle na Wyspach Brytyjskich. Wypada mu życzyć dużo zdrowia i zapału, ale widać, że jest bardzo dobrze przygotowany do trasy, szczególnie fizycznie. Wygląda dużo lepiej niż podczas poprzednich, widzianych przeze mnie, występów. Przychylności dla fanów również nie można mu odmówić, dzięki czemu po koncercie udało mi się uzyskać autograf wraz z dedykacją na jednej z moich ulubionych grafik Marka Wilkinsona – okładce B’Sides Themselves.

 

 

© 2015 Frontier Theme