26.10.2013 – COLLAGE – Warszawa, Progresja

Collage

Co za niespodzianka! W kwietniu na tej samej scenie, podczas pierwszej edycji Warsaw Prog Days, Mirek Gil wystąpił wraz ze swoim zespołem Believe jako gwiazda wieczoru, a koncertowi przypatrywał się wśród publiczności Wojtek Szadkowski. Teraz obaj panowie – już podczas drugiej edycji festiwalu – zagrali razem, jako członkowie legendarnej, progresywnej, niedawno reaktywowanej formacji Collage. Nie był to jednak powrót „złotego składu” z okresu albumu Moonshine, ponieważ śpiewającego wówczas Roberta Amiriana zastąpił młody wokalista Karol Wróblewski, znany z Believe i projektu Mr. Gil.

Tej zmiany najbardziej obawiali się fani zespołu Collage. Spieszę z wyjaśnieniem, że zupełnie niepotrzebnie. Wróblewski jest bardzo utalentowany i szanuję go za to, że podjął się kolejnego wyzwania w swojej karierze. Znajomość z Gilem na pewno pomogła mu w znalezieniu etatu w kolejnym ważnym przedstawicielu polskiego rocka, a warszawski sprawdzian zdał bez zająknięcia.

Collage

Pierwszy ogień – Soma White

Impreza nabiera rozmachu – choć to dopiero druga edycja tego zacnego festiwalu, zdążył się on rozrosnąć do dwóch dni i gościć przedstawicieli progresywnego grania zza granicy. W piątek zaprezentował się bowiem brytyjski Galahad, którego występ poprzedził rodzimy Lilith. Adam Dobrzyński, prowadzący całość prezenter Radia Dla Ciebie, podkreśla, że podczas Warsaw Prog Days nie ma podziału na supporty i headlinerów, ale i tak zawsze wiadomo, kto występuje jako główna gwiazda i na kogo najbardziej oczekuje spragniona art-rockowych dźwięków publiczność. Podczas przyszłorocznego RosFest rolę rozgrzewacza przed Collage będzie pełnił Sound of Contact – zespół syna Phila Collinsa, Simona. W Progresji natomiast tego zaszczytu (niewdzięcznej roli?) dostąpił trójmiejski Soma White z, jak zapowiadał Dobrzyński, charyzmatyczną wokalistką, Hanią Żmudą. Zespół zaprezentował dość mroczne dźwięki podszyte elektroniką i momentami hipnotyzującym głosem żeńskim. Brakowało mi jednak w tym występie trochę luzu. Żmuda wyglądała na stremowaną, nie przedstawiając nawet tytułów poszczególnych utworów, co wbrew pozorom bardzo by się przydało, gdyż odegrany przez Soma White materiał pochodził z ich debiutanckiej płyty, o której pewnie mało kto słyszał. Zadania nie ułatwiał również fakt, że z nagłośnieniem podczas pierwszego koncertu tego wieczoru nie było najlepiej, przez co większość tekstów śpiewanych przez Żmudę było niezrozumiałych. Najlepszym wyjściem było więc zakupić bardzo ładnie wydany krążek na stoisku promocyjnym i przesłuchać go na spokojnie w domowym zaciszu. Zespół pozostawił jednak bardzo dobre wrażenie, chociaż publiczności na pewno nie miał tak licznej, jak kilkadziesiąt minut później, kiedy na scenę wkroczył Collage.

Collage

Świeża krew w zespole Collage
Fot. Rafał Klęk

Około trzy kwadranse – tyle mniej więcej kazał na siebie czekać reaktywowany zespół z Warszawy. Rozpoczęli tak, jak można się było spodziewać – od zaintonowanego przez Krzysztofa Palczewskiego Heroes Cry. Po chwili do akcji wkroczył wraz ze swoimi charakterystycznymi bębnami Wojtek Szadkowski, a następnie Gil z Gibsonem i „Mintay”, czyli Piotr Witkowski z Warwickiem. I tylko Wróblewski wyglądał przy swoich doświadczonych kolegach trochę inaczej, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie obrazki sprzed ponad dekady, kiedy mikrofon zajmowali Zbyszek Bieniak czy Robert Amirian. Jednak już po kilku utworach młody wokalista przekonał do siebie publiczność, która po brzegi wypełniła warszawską Progresję. Po imponującym rozpoczęciu muzycy wyciągnęli dwa asy ze swoich BaśniJa i Ty oraz Kołysankę. Dopiero po One of Their Kind Wróblewski przywitał się z fanami i próbował z nimi ustalić chronologicznie dyskografię Collage. Poległ i on, i publika. Ważne jednak, że niedługo potem zagrali Baśnie – jeden z najlepszych, moim zdaniem, utworów zespołu. Trochę podmetalizowana wersja na żywo wypadła znakomicie. Zakończył ją perkusyjną kanonadą dźwięków Szadkowski, który zasługuje na największe uznanie wśród wszystkich muzyków tej formacji. Nie była to bowiem jedyna, tak energiczna zagrywka perkusisty tego wieczoru. Z debiutanckiej płyty wybrzmiał również Jeszcze jeden dzień, z Safe utwór tytułowy oraz Eight Kisses, jednakże najlepiej przyjęte zostały klasyki z Moonshine, z którego w setliście znalazło się to, co najlepsze. Nie mogło więc zabraknąć The Blues oraz monumentalnego Moonshine. Widać było, że granie (nie odgrzewanie) tych utworów sprawia wszystkim muzykom ogromną radość. Uśmiechnięci, wyluzowani, ale gdy trzeba było skupieni, po kilkunastoletniej rozłące nie zapomnieli magicznych dźwięków, a czasem dawali się ponieść lekkiej improwizacji. Odnalazł się w tym również nowy wokalista, który „odlatywał” na scenie, przechadzał się po jej krańcach, skakał, tańczył, by w pewnym momencie nawet usiąść i wymachiwać głową w tajemniczym amoku. Pod koniec występu na scenie pojawiły się dwie gitary akustyczne, które natychmiast znalazły się w posiadaniu Witkowskiego i Gila. Szadkowski opuścił swój „posterunek”, a Wróblewski mógł zaintonować: – War is over… Znakomitym posunięciem było zaproszenie młodego akordeonisty, który wykonał swoją partię w końcowej części utworu, w czasie której muzycy Collage powoli opuszczali scenę. Mimo drobnej wpadki otrzymał burzę oklasków od publiczności, domagającej się niedługo potem powrotu zespołu na bisy.

Collage

Starsza gwardia nie pozostawała w tyle
Fot. Rafał Klęk

Na to muzycy byli oczywiście przygotowani. W podstawowej set-liście zabrakło bowiem jednego ważnego utworu – Living in the Moonlight. I to właśnie nim rozpoczęli granie po krótkiej przerwie i wystąpieniu Dobrzyńskiego, zachęcającego publiczność do wywoływania zespołu. Piękny, nastrojowy, jeden z najbardziej rozpoznawalnych w dyskografii zespołu. Na tym koncert mógłby się teoretycznie skończyć, ale Wróblewski wspomniał wcześniej, że tego wieczoru przebrniemy przez całą dyskografię, dlatego w Progresji wybrzmiał jeszcze God z płyty Nine Songs of John Lennon, nagranej w hołdzie dla zmarłego artysty. Gil po raz kolejny mógł popisać się swoją wirtuozerią (udowodnił nawet, że tulejkę można zastąpić butelką po piwie), a Szadkowski wyżyć na swoim zestawie perkusyjnym. Nie jestem pewien natomiast, czy zespół był przygotowany na kolejne wyjście do publiczności, a tym bardziej na wybór jeszcze jednego utworu ze swojej, jakby nie patrzeć, skromnej twórczości. Po krótkiej naradzie wybór padł na… Living in the Moonlight. Tym razem jednak fani mogli pośpiewać razem z wokalistą niektóre fragmenty. Trochę muzycznej improwizacji na koniec i pierwszy, historyczny reunionowy koncert Collage przeszedł do historii.

Collage

Gdzie jest Wojtek?
Fot. Rafał Klęk

Po występie w Warszawie zespół wyruszył w minitrasę, która obejmuje kilkanaście koncertów do końca roku (również za granicą), natomiast w przyszłym zanosi się na wydanie krążka z premierowym materiałem – pierwszym od 1996 roku, zatem pracy muzykom na pewno nie zabraknie.

 

© 2015 Frontier Theme