11.06.2014 – BLACK SABBATH – Łódź, Atlas Arena

Black Sabbath

Wprawdzie Tony Iommi oraz Geezer Butler odwiedzili Warszawę i Katowice w 2007 roku (wraz z Vinniem Appice i Ronniem Jamesem Dio wystąpili w ramach trasy koncertowej projektu Heaven & Hell), a 4 lata później do trójmiejskiej Ergo Areny zawitał sam Ozzy Osbourne z zespołem (na perkusji grał wówczas Tommy Clufetos), to jednak wszyscy fani tychże muzyków z pewnością czekali na reaktywację wielkiego Black Sabbath. Wystarczyło poczekać jeszcze kilka lat i marzenia się spełniły. Zarówno te o reaktywacji i nowej płycie, jak również o trasie i koncercie w Polsce.

Gdy muzycy ogłosili daty występów, początkowo miałem w planach wycieczkę do Pragi lub Berlina, jednak w końcu zdecydowałem się na wypad do Łodzi, którą uwzględniono na mapie trochę później. Ceny obłędne, ale pełen dobrych myśli o zakupie biletu dopiero przed koncertem wyruszyłem ze znajomymi na spotkanie z legendą heavymetalu. I rzeczywiście, wejściówkę na trybunę z 32-procentowym rabatem udało mi się kupić około pół godziny przed rozpoczęciem występu gwiazdy wieczoru. Publiczność przed Black Sabbath rozgrzewał bowiem Reignwolf, a właściwie Jordan Cook, który również garściami czerpie z bluesa, ale nie udało mi się usłyszeć ich na żywo. Zresztą ledwo zdążyłem na War Pigs, który wybrzmiał 10 minut przed planową godziną 21:05.

Przyjemnie było oglądać zespół w znakomitej formie, mimo tak długiego stażu i przeróżnych ekscesów związanych z alkoholem i narkotykami. Można odnieść wrażenie, że Ozzy jest nieśmiertelny, a Iommi zapomniał już o swojej chorobie. Co prawda w składzie zabrakło Billa Warda, ale Clufetos godnie zastąpił go za zestawem perkusyjnym, pokazując na co go stać m.in. podczas imponującego sola przed Iron Man. Podobnie jak podczas występów w innych częściach świata, muzycy nie epatowali utworami z nowego albumu. Skupili się głównie na klasyce, a z 13 zagrali jedynie trzy kompozycje – Age of Reason, End of the Beginning i God Is Dead? Najwięcej entuzjazmu wzbudzały rzecz jasna najstarsze utwory, w tym Black Sabbath, z ciekawie zaaranżowaną partią bębnów. Publika szalała podczas szybszych momentów, dlatego ochroniarze przy Golden Circle mieli pełne ręce roboty. Co chwilę wyciągali kogoś crowdsurfującego, a w pewnym momencie musieli powstrzymać pewnego fana, który nieoczekiwanie wtargnął na scenę.

Tego wieczoru najważniejsza była jednak muzyka. Mroczna, ciężka, ilustrowana różnymi grafikami, filmami lub ujęciami muzyków na żywo, wyświetlającymi się na dużym ekranie umieszczonym pośrodku sceny. Dużo numerów Black Sabbath to prawdziwe walce, niespiesznie wgniatające w ziemię (Into the Void, Age of Reason, End of the Beginning), ale oprócz nich usłyszeliśmy również m.in. Behind the Wall of Sleep (wzbogacone o solo Butlera), N.I.B. (po którym Ozzy padł na kolana, dziękując fanom za przyjęcie) czy Dirty Women (chyba najmniej porywająca część koncertu, mimo ciekawych ujęć pojawiających się na ekranie). Wszyscy świetnie bawili się również przy Children of the Grave – ostatnim utworze podczas łódzkiego koncertu. No prawie – na bis Iommi zaintonował jeszcze Sabbath Bloody Sabbath, które okazało się być intro do ogranego do bólu Paranoid. Muzycy od lat są jednak przeświadczeni, że ta żwawa kompozycja idealnie pasuje do pożegnania się z publicznością i nie może jej zabraknąć w repertuarze Black Sabbath.

Nie ma jednak co narzekać, tym bardziej że być może jest to ostatnia trasa tego legendarnego zespołu. Patrząc jednak na formę muzyków trudno w to uwierzyć. Clufetos tchnął w ponadczterdziestoletnie kompozycje nowego ducha, a Ozzy jak to Ozzy. Jak zwykle miał kłopoty ze słuchem (– I can’t fuckin’ hear you), ale za to znalazł czas i siłę na studzenie fanów wodą z wiader, a także na wspólne „kukanie” i zachęcanie do skandowania nazwy zespołu. Iommi nadal miażdżył swoimi riffami i solówkami, a Butler w niezwykłym skupieniu odegrał wszystkie swoje partie. Życzę każdemu zespołowi takiej długowieczności, bo Black Sabbath, obok kilku innych formacji, to ewenement na skalę światową. Dobrze, że w ostatnim okresie znaleźli trochę czasu na przylot do Polski.

 
Znalezione w sieci:

Black Sabbath – Iron Man (Łódź 2014)

 

Fot. wpisu: Sara | flickr.com

 

© 2015 Frontier Theme