23.07.2014 – SUZANNE VEGA – Warszawa, Stodoła

Suzanne Vega

Tak naprawdę nie planowałem wybierać się na ten koncert. Ugiąłem się jednak, gdy nadarzyła się okazja kupić bilet 80% taniej niż cena nominalna. Po wszystkim myślę, że warto było spędzić ten środowy wieczór w Stodole, tym bardziej że nigdy wcześniej nie słyszałem na żywo „Leonarda Cohena w spódnicy”, jak nazywana jest amerykańska wokalistka i gitarzystka Suzanne Vega. Jest ona doskonałym przykładem, że nie trzeba mieć głosu jak dzwon, aby wzbudzać wśród słuchaczy emocje.

Artystka wydała niedawno niezwykle udany album Tales from the Realm of the Queen of Pentacles i to właśnie on był przedmiotem promocji na koncertach. Powrót po siedmiu latach (ostatnia płyta Beauty & Crime ukazała się w 2007 roku) okazał się bardzo udany. 10 utworów w folkowym wydaniu (wśród instrumentów pojawiają się m.in. banjo, mandolina, trąbka, w dwóch utworach wspomógł Vegę sam Tony Levin, a w trzech kameralna orkiestra z Pragi) czasami wspomaganych cięższymi brzmieniami gitary, zamkniętych w niecałych 37 minutach, dotarło do 37. miejsca najlepszych albumów w Wielkiej Brytanii.

Z nowego albumu w Stodole artystka zaprezentowała większość materiału (6 utworów), ale nawet, gdyby cały set podzielić na Tales from the Realm of the Queen of Pentacles + „the best of” nikt nie miałby prawa narzekać. Ubrana na czarno Suzanne Vega z nieodłącznym kapeluszem i gitarą wyglądała niezwykle elegancko. Zaczęła od kilku starszych kompozycji (Fat Man & Dancing Girl, Marlene on the Wall, Caramel), które spotkały się z uznaniem publiczności. Wtedy można było przejść do nowości. Zważywszy na to, że na scenie znajdowało się trzech muzyków wypadły one niezwykle kameralnie i klimatycznie. Śpiewającą i grającą na gitarze akustycznej główną gwiazdę wieczoru wspomagał na gitarze elektrycznej Gerry Leonard, który współpracował niegdyś z Davidem Bowie’em. Czasami grał „pierwsze skrzypce”, czasami akompaniował, a nawet wycinał zgrabne solówki na akustyku. Hipnotyzująco wypadł Jacob and the Angel z klaszczącym rytmem i gitarową zagrywką w stylu Davida Gilmoura. Don’t Uncork What You Can’t Contain został przedstawiony bez początkowego sampla z utworu Candy Shop 50 Centa, a I Never Wear White został poprzedzony wyznaniem Vegi, że jej kolor to czarny.

Suzanne Vega

Pamiątka z koncertu.

My color is black, black, black,

black is for secrets,

outlaws and dancers,

for the poet of the dark.

Po czterech przedstawicieli miały albumy: Suzanne Vega oraz Solitude Standing. Z tego drugiego pochodzi nieśmiertelna Luka (którą artystka śpiewa już trochę od niechcenia, ale fajnie wypada aranżacja na dwie gitary: akustyczną i elektryczną) oraz Tom’s Diner z elektrycznymi pasażami, który wybrzmiał na koniec koncertu. Na bisy złożyły się: Horizon (There Is a Road), Calypso i Rosemary. Po około 90 minutach nastrojowy koncert dobiegł końca, można było w końcu wstać z krzesełek i oklaskiwać bohaterów sceny. To nie był jednak ostatni kontakt widzów z artystką. Suzanne Vega miała bowiem po występie przygotowany specjalny stolik, przy którym rozdawała autografy. Kolejka była dosyć duża, ale warto było czekać.

PS Przed występem Vegi na scenie pojawiła się Klara, która w równie kameralnym nastroju wykonała kilka utworów ze swojego albumu Away.

 

© 2015 Frontier Theme