19.07.2015 – CAMEL – Poznań, Hala MTP 2

Camel

Na początku marca gruchnęła wiadomość o dwóch koncertach grupy Camel w Polsce. Wielkie podziękowania należą się za tę niespodziankę Piotrowi Kosińskiemu – szefowi Rock-Serwisu, który sprowadził Brytyjczyków do naszego kraju. Była to kolejna okazja do zobaczenia na żywo dinozaurów progresywnego grania, a dla mnie do spełnienia kolejnego muzycznego marzenia.

15 lat – tyle czasu kazali na siebie czekać muzycy Camel na powrót do Polski. W 2000 roku wystąpili u nas czterokrotnie – w Bydgoszczy, Warszawie, Krakowie i Zabrzu. Jednak w tym okresie wiele się działo. Ostatni studyjny album pochodzi z 2002 roku (A Nod and a Wink), a pożegnalna trasa skończyła się rok później. Andy Latimer – założyciel i mózg zespołu zachorował niespodziewanie na poważną chorobę krwi. Lata 2007 i 2008 były dla niego i jego żony – Susanne Hoover, bardzo ciężkie, ale na szczęście po operacji szpiku kostnego zdrowie Latimera poprawiło się na tyle, aby mógł myśleć o sprawach związanych z zespołem. Wydanie DVD The Opening Farewell, albumu The Snow Goose z przearanżowanymi kompozycjami w porównaniu do pierwotnego wydawnictwa i ruszenie z tym materiałem w krótką trasę dawały nadzieję na coś więcej. I tak, w lipcu, legendarny Camel zagościł w Poznaniu i Krakowie z przekrojowym materiałem, nie prezentując jednak ani jednej kompozycji ze Śnieżnej gęsi oraz Harbour of Tears, pomijając również nagrania ze Stationary Traveller – płyty, która w Polsce zyskała dużą popularność. Najważniejsze jednak, że Latimer i spółka są wciąż pełni energii oraz zaangażowania podczas swoich występów, nawet jeśli po raz n-ty wykonują Lady Fantasy czy Ice.

Camel

Andy Latimer | Fot. Rafał Klęk

Po przyjeździe na miejsce, gdzie czekała już spora grupa fanów Camel, zakupieniu biletu (po okazyjnej cenie, przed koncertem), odczekaniu kilkunastu minut na otwarcie bramy wjazdowej na teren MTP i sprawdzeniu przez ochroniarza mojej wejściówki, mogłem już swobodnie poruszać się po pawilonie wystawienniczym numer 2. Szczerze mówiąc, nie jest to wymarzone miejsce na koncerty, szczególnie dla takiej formacji jak Camel. O godzinie 20 było jeszcze widno, zarówno na zewnątrz, jak i w środku, ponieważ letni klimat przedarł się przez wysoko osadzone okna hali. W pierwszej części umieszczony został punkt gastronomiczny (czyli piwo + hot-dog), festiwalowe długie ławki i stoliki oraz stoisko z gadżetami zespołu, gdzie można było zaopatrzyć się w brakujące albumy wydane przez Camel Productions (60 zł) oraz koszulki (120 zł!). Okazało się, że poznański koncert nie sprzedał się tak dobrze, jak występ w Krakowie, ale nie wiem, czy spowodowane to było akurat obiektem (na południu Polski zespół wystąpił w ICE Congress Center z miejscami siedzącymi).

Camel

Ton Scherpenzeel | Fot. Rafał Klęk

Co niektórzy zniecierpliwieni fani stojący przy scenie, o godzinie teoretycznego rozpoczęcia koncertu zaczęli wywoływać zespół skandując jego nazwę. Po około 10 minutach prośby zostały spełnione, a wrzawa podniosła się, gdy halę wypełniły pierwsze dźwięki Never Let Go – znakomitego utworu z debiutanckiego krążka. Widok roześmianych muzyków (oprócz Latimera w składzie znajdują się: Colin Bass, Denis Clement oraz dwóch klawiszowców – udzielający się w przeszłości na trzech płytach Camel Ton Scherpenzeel oraz gościnnie występujący Jason Hart) rozwiał wątpliwości co do ich formy. Tym bardziej że Latimer po pierwszej kompozycji zagaił do publiczności, przypomniał, ile lat upłynęło od ostatniego koncertu Camel w Polsce (Too long – przyznał), a następnie zapowiedział kolejną podróż do przeszłości, a konkretnie do albumu Mirage, z którego usłyszeliśmy The White Rider. Biała płachta i światła już tak nie raziły, wszyscy obecni w hali skupili się na muzyce, a ta była pierwszorzędna. Aż pięć kompozycji wybrzmiało z albumu Moonmadness. Dzięki temu mogliśmy przekonać się, że Latimer to nie tylko świetny gitarzysta i bardzo dobry wokalista, ale również sprawny flecista posługujący się tym instrumentem zarówno w wersji prostej, jak i poprzecznej. Szczególnie magicznie wypadł skomponowany przez Petera Bardensa, a tego wieczoru zaśpiewany przez Colina Bassa Spirit of the Water. Dla mnie jednak najbardziej urzekające są w przypadku Camela utwory instrumentalne, takie jak: Lunar Sea, zaprezentowane na koniec Hopeless Anger i Whispers in the Rain oraz w szczególności Ice, przy którym ciarki przechodzą zawsze, nawet w takim pawilonie. W międzyczasie wybrzmiały jeszcze „rodzynki” z Rain Dances (Unevensong) oraz Nude (Drafted), a zespół po 85 minutach zszedł po raz pierwszy ze sceny.

Camel

Colin Bass | Fot. Rafał Klęk

Nie musiał jednak długo na siebie czekać. Wiadomo było, że muzycy mają coś jeszcze w zanadrzu, a tym czymś była suita Lady Fantasy z drugiego albumu zespołu – stały punkt programu koncertowego Camel. Można było przez kilkanaście minut trochę poimprowizować na gitarze (tak jak w zagranym w pierwszej części setu Mother Road), poganiać po scenie, pouśmiechać się i pomachać do publiczności. Świetny nastrój musiał zostać jednak na koniec stonowany. W tym roku odeszło dwóch byłych muzyków Camel – wokalista Chris Rainbow oraz klawiszowiec Guy LeBlanc, który jeszcze w 2013 roku występował z zespołem podczas trasy The Snow Goose. Im właśnie podczas tegorocznych koncertów Andy Latimer dedykuje dwa ostatnie bisy – rozimprowizowany After Words (solowe dzieło Scherpenzeela) oraz Long Goodbyes, w którym szef przejmuje partie wokalne Rainbowa. Po tym podniosłym fragmencie (było już po 22, zdążyło zrobić się w hali dość ciemno, a scenę rozjaśniały fioletowe reflektory) cały zespół po raz ostatni podziękował, pokłonił się i przyjął gorące owacje od publiczności. I chociaż Latimer to jeden z najlepszych gitarzystów rockowych, widać było u niego wzruszenie i wdzięczność za takie ciepłe przyjęcie ze strony fanów. Dość powiedzieć, że wszyscy muzycy po krótkim odpoczynku i zmianie ubrań usiedli przy stolikach, aby cierpliwie podpisywać płyty i bilety, a także robić zdjęcia (bez flesza!) z każdym uczestnikiem koncertu (widok Colina Bassa przemieszczającego się z kieliszkiem wina i zagadującego po polsku Na zdrowie! – bezcenny). Mimo słabej organizacji ze strony organizatorów i ochrony udało mi się zebrać potrzebne autografy i wyjść zadowolonym z poznańskiej hali. Podobno Camel ma w planach wydanie nowego albumu, ale nigdy nic nie wiadomo, dlatego, moim zdaniem, warto było wybrać się w lipcu na jeden z dwóch (albo na obydwa) koncertów tej zasłużonej kapeli, z prawie 45-letnim stażem na scenie.

 

Znalezione w sieci:

Camel – Ice (Poznań 2015)

Camel – Long Goodbyes (Poznań 2015)

 

© 2015 Frontier Theme