15.02.2016 – STEVE ROTHERY BAND – Warszawa, Progresja

Steve Rothery

Gdyby ktoś powiedział mi, że w przeciągu trzech miesięcy dwukrotnie zobaczę i usłyszę na żywo wykonanie Misplaced Childhood w całości, na pewno bym mu nie uwierzył. Jednak rzeczywiście, taka rzecz miała miejsce. W dodatku w tym samym miejscu. W listopadzie w warszawskiej Progresji gościł Fish ze swoją trasą „Farewell to Childhood”, a w lutym do tego samego klubu wraz ze swoim zespołem zawitał Steve Rothery, który główną część swojego występu przeznaczył na odegranie tego legendarnego albumu.

Steve Rothery Band

Steve Rothery | Fot. Rafał Klęk

Gitarzysta promował swoją najnowszą płytę Ghosts of Pripyat i to większość kompozycji z tego albumu stanowił pierwszy set, ale nie omieszkał również puścić oka do fanów Marillion przypominając znane i lubiane utwory tej grupy. Oczekiwanie na zespół umilały dźwięki znanych rockowych przebojów, a wśród nich dało się również usłyszeć Wish You Were Here z repertuaru Pink Floyd.

Steve Rothery Band

Yatim Halimi i Riccardo Romano | Fot. Rafał Klęk

Dla tych, którzy słyszeli wcześniej chociażby fragmenty Ghosts of Pripyat porównywanie Rothery’ego do Gilmoura jest jak najbardziej na miejscu. Wystarczy posłuchać początek pierwszego na płycie Steve Rothery Band (i również na koncercie) Morpheusa, żeby poczuć klimat znany z Shine on You Crazy Diamond. Pojawiają się w nim także ostrzejsze akcenty, a całość kończy się solówką przypominającą, że Rothery jest przecież gitarzystą Marillion. Tutaj muszę wspomnieć, że drugim wiosłem posługuje się Dave Foster, na basie gra Yatim Halimi (obaj znani z Panic Room), na klawiszach Riccardo Romano z Ranestrane, a na perkusji Leon Parr, którego partia w Kendris wychodzi na pierwszy plan. Swoje jazzowe inklinacje potwierdza w White Pass, który wydawać by się mogło jest kilkuminutowym, nierozwiniętym utworem. W rzeczywistości składa się z dwóch części, z których ta druga pozwala na pokazanie wszystkich instrumentalistów z jak najlepszej strony.

Steve Rothery Band

Dave Foster | Fot. Rafał Klęk

Prawie 12-minutowy Old Man of the Sea również na żywo dostarczył wielu emocji. Kto by się spodziewał, że Rothery ma talent do tworzenia takich niezwykłych, progresywnych utworów. W swoim macierzystym zespole nie wychodzi na pierwszy plan, wydaje się, że zatracił gdzieś umiejętność grania ckliwych solówek jak na początku występów z Marillion. Teraz widać, że występy ze swoim Steve Rothery Band i wykonywanie solowych utworów oraz najlepszych z lat 80. pozwala mu przenieść się w czasie i rozwinąć skrzydła na scenie. Publiczność bardzo ciepło przyjęła jego występ (ostatnim zaprezentowanym utworem był Summer’s End) i pozwoliła na 10 minut opuścić scenę.

Steve Rothery Band

Leon Parr | Fot. Rafał Klęk

Rothery wrócił na nią w towarzystwie gościa – Martina Jakubskiego (wokalisty cover bandu StillMarillion), który godnie zastąpił Fisha przy mikrofonie. Śmiem twierdzić, że partie wokalne wypadły lepiej niż w listopadzie na koncercie oryginalnego wokalisty Marillion w czasach Misplaced Childhood. Wiadomo, Fish już nie śpiewa tak, jak 30 lat temu, natomiast Jakubski posiada tę barwę, jaką można usłyszeć na pierwszych czterech albumach Marillion. Podczas tego występu nawet klawisze wypadły bardziej naturalnie, dlatego tak bardzo nie raził nawet wstęp w postaci Pseudo Silk Kimono, który rozbudził wyobraźnię fanów. Aż do ostatniego White Feather śpiewali razem z Martinem, wstrzymywali oddech lub podziwiali solówki Rothery’ego. Mimo drobnych potknięć ze strony muzyków nie było na sali żadnego niezadowolonego fana. Wystarczyło podejść do tego koncertu bez żadnych oczekiwań, tak jak w przypadku Fisha. Każda kolejna interpretacja Misplaced Childhood będzie inna od poprzedniej, ale tego wieczoru można było czuć się w pełni usatysfakcjonowanym i nie żałować wydanych pieniędzy na bilet (w tym miejscu dziękuję koledze Jakubowi za odstąpienie swojej wejściówki). Po ponad 40 minutach legendarnej suity Rothery zapowiedział powrót na scenę i wykonanie kilku kolejnych utworów z repertuaru Marillion.

Steve Rothery Band

Martin Jakubski | Fot. Rafał Klęk

Po krótkiej przerwie Steve Rothery Band przedstawił niezwykłe smaczki w postaci Slainte Mhath, Cinderella Search, Incubus (z ulubioną solówką Jakubskiego) oraz Fugazi. Miło było cofnąć się do czasów Clutching at Straws oraz Fugazi i wsłuchać się w niezapomniane partie gitary Rothery’ego. Po ich wykonaniu główny sprawca całego zamieszania wyznał, że warszawska publiczność jest niesamowita i w podziękowaniu zespół wyjdzie jeszcze na dwa ostatnie bisy. Były nimi Sugar Mice oraz Afraid of Sunlight – jedyna rzecz z okresu „hogarthowego”, ale bardzo dobrze zaśpiewana przez Jakubskiego. Jeżeli był drobny niedosyt, to dotyczył on braku w repertuarze utworów z debiutanckiego albumu Marillion, a także choćby fragmentu epickiego Grendela, który grany był przez Rothery’ego na niektórych poprzednich koncertach z tej trasy.

PS Gitarzysta okazał się skromnym i bardzo sympatycznym człowiekiem. Kilkanaście minut po zakończonym koncercie wyszedł do fanów, aby podpisać gadżety, pozować do zdjęć i odpowiedzieć na wszelkie pytania. Klasa!

 

Znalezione w sieci:

Steve Rothery Band – Kayleigh/Lavender/Bitter Suite (Progresja 2016)

 

© 2015 Frontier Theme