17-18.09.2016 – KING CRIMSON – Zabrze, Dom Muzyki i Tańca

King Crimson

King Crimson. Kolejny koncert, o którym myślę: „Gdyby ktoś jeszcze rok temu powiedział, że będę uczestniczył w takim wydarzeniu, to kazałbym mu się popukać w czoło”. A tu proszę – Robert Fripp reaktywuje legendarny zespół, przyjeżdża do Europy i daje aż cztery koncerty w Polsce! A ja mam okazję być na dwóch z nich. Dzień po dniu. To się nazywa szczęście.

Każdy, kto zna członków King Crimson zapraszanych do współpracy przez Frippa wie, ile różnych projektów każdy z nich ma na koncie. Niedawno do Polski zawitał The King Crimson ProjeKCt, później pojawił się Adrian Belew Power Trio, a kilka lat temu w Sali Kongresowej wystąpili: Stick Men oraz TU. Natomiast ostatni występ prawdziwego składu King Crimson miał miejsce w czerwcu 2000 roku – w warszawskim Teatrze Roma.

King Crimson

Instrumenty już gotowe.

Reaktywacja, która nastąpiła w drugiej połowie 2013 roku, przyniosła pewne zmiany. Skład został bowiem powiększony do siedmiu osób (w tym trzech perkusistów) i nie było w nim miejsca dla dotychczasowego wokalisty i gitarzysty Adriana Belew. Zastąpił go Jakko Jakszyk – pełniący te same funkcje w cover bandzie 21st Century Schizoid Band. W zespole znaleźli się również: Tony Levin, Mel Collins, który uczestniczył w nagraniach King Crimson w latach 1970-72, oraz wspomniani perkusiści: Pat Mastelotto, Gavin Harrison oraz Bill Rieflin. Aczkolwiek tego ostatniego zastąpił ostatnio w składzie Jeremy Stacey. Jeśli chodzi o repertuar, to panowie postanowili zaprezentować materiał z najwcześniejszych płyt, czyli miód dla uszu. Na setlistę absolutnie nie można było narzekać, a brzmienie oparte na perkusji dodawało mocy każdemu ze starszych utworów.

Miejsca, w których wystąpił King Crimson w Polsce były nieprzypadkowe – w Zabrzu był to Dom Muzyki i Tańca, a we Wrocławiu – Narodowe Forum Muzyki. W obu salach muzycy dali po dwa koncerty, które zapewne w rankingach większości melomanów zajęły 1. miejsce wśród najlepszych występów w 2016 roku w Polsce. Ja również mogę się z czystym sumieniem podpisać pod tym stwierdzeniem.

King Crimson

Czekamy na występ.

Zanim cały siedmioosobowy skład pojawił się na scenie, wśród soundscape’owych dźwięków z głośników, pojawił się komunikat dotyczący zachowania się podczas koncertu. Najpierw żeńskim głosem po polsku, a później już słowami samego Frippa. Chodziło o zakaz robienia zdjęć w trakcie występu, a zamiast tego rejestrowania koncertu uszami i oczami. Jedynie pod koniec ostatniego bisu można było upamiętnić zespół na fotografii. Również Tony Levin, który jest rejestratorem całej trasy na swojej stronie internetowej, oraz Fripp chętnie korzystali ze swoich aparatów fotograficznych uwieczniając siebie, publiczność oraz pozostałych członków zespołu na pamiątkowych zdjęciach.

Kiedy zespół wkroczył na scenę i każdy z członków znalazł na niej swoje miejsce, rozległo się potężne brzmienie perkusji – najpierw Mastelotto, następnie Stacey i na końcu Harrison. To The Hell Hounds of Krim, którym rozpoczynają swoje występy w Europie. Trzeba przyznać, że jest to intrygujący wstęp zmuszający słuchaczy do faktycznego słuchania. W tym miejscu muszę nadmienić, że oba występy w Zabrzu nieznacznie się od siebie różniły. Przede wszystkim kolejnością utworów. Tam, gdzie w sobotę wybrzmiała pierwsza część Larks’ Tongues in Aspic (jako drugi utwór w setliście, z motywem Mazurka Dąbrowskiego zagranego przez Collinsa), w niedzielę muzycy zdecydowali się na krótki fragment Lizard. Podczas pierwszego koncertu pojawił się Pictures of a City, a w drugim zastąpił go A Scarcity of Miracles tria Jakszyk, Fripp and Collins. W sobotę pierwsza część występu składała się z 12 utworów, a w niedzielę – z 13. To tylko jednak drobne szczegóły, nic nie znaczące w kontekście całych trzech godzin (z 20-minutową przerwą) wysublimowanych muzycznych dźwięków, jakimi uraczył siedzącą publiczność legendarny King Crimson.

King Crimson

Owacje po pierwszym koncercie.

Zespół nie składa jednak jeszcze broni. Dało się usłyszeć premierowe utwory, takie jak: dwie części Radical Action, Devil Dogs of Tessellation Row, Suitable Grounds for the Blues, Banshee Legs Bell Hassle, a także Meltdown z ładnym wokalem Jakszyka. Prawdą jednak jest, że wszyscy czekali na klasykę. Nawet publiczność swoim wiekiem akcentowała, że zapłaciła za bilety, aby usłyszeć na żywo Epitaph, The Court of the Crimson King, 21st Century Schizoid Man, Red czy Starless. Na szczęście wszystkie wymienione utwory znalazły się obecne na setliście zespołu. Epitaph A.D. 2016 jest trochę odarty z magii wykonania z końca lat 60., kiedy wokalistą King Crimson był Greg Lake. Z tego okresu pochodzą również The Court of the Crimson King oraz 21st Century Schizoid Man, które były bardzo mocnymi punktami całego programu i w niedzielę zostały wykonane na bis. Red zyskał na brzmieniu dzięki potrójnej perkusji, a Starless – wiadomo, klasyka, przy okazji której światła na scenie powoli zmieniały się na czerwone, akcentując tytuł płyty, z której pochodzi utwór. Zespół postanowił również zaprezentować swoje zawiłe instrumentale – Fracture, The ConstruKction of Light, Level Five, VROOOM, Sailor’s Tale czy Larks’ Tongues in Aspic, part Two. Znakomicie wypadł bardzo dawno niegrany Cirkus, Easy Money, a także The Letters z nawałnicą dźwięków, którą wywołał nagle każdy z muzyków.

King Crimson

Owacje po drugim koncercie.

Improwizacji, z których słynie zespół, było jednak jak na lekarstwo. Wszystkim posunięciom muzyków czujnym okiem przyglądał się profesor Fripp, który, siedząc na stołeczku ze słuchawkami na uszach, sam brał odpowiedzialność w odpowiednich momentach za karkołomne partie gitary elektrycznej. Na uwagę zasługiwali również pozostali członkowie zespołu. Mel Collins co jakiś czas zmieniał swoje instrumenty, wśród których były saksofony: altowy i sopranowy oraz flet, dzięki czemu nadawał niektórym kompozycjom iście jazzowego klimatu. Tony Levin to król basu, który dodatkowo czaruje na swoim Chapman Sticku. Perkusiści – klasa sama w sobie. Stacey obsługiwał dodatkowo instrumenty klawiszowe, dzięki czemu można było usłyszeć legendarne dźwięki melotronu w najstarszych kompozycjach, Mastelotto miał wokół siebie zestaw perkusjonaliów, a Harrison zachwycił solówką w połowie 21st Century Schizod Man. Jakszyk także nie zawiódł – chociaż niektórzy przed koncertami byli sceptycznie nastawieni do jego wokali, to jednak poradził sobie z nimi całkiem przyzwoicie, dlatego, że nie udawał nikogo – śpiewał po prostu swoją naturalną barwą głosu, która niczym szczególnym się nie wyróżnia.

Po zagranym jako dwudziesty czwarty utwór obu wieczorów 21st Century Schizod Man wydawało się, że czas minął niczym mgnienie oka. Może to zbyt naciągana przenośna, ale nie kryłem rozczarowania, kiedy Dom Muzyki i Tańca doznał nagłego rozświetlenia, co oznaczało, że pora już tylko na zdjęcia, owacje i ukłony całej siódemki, którzy notabene wystąpili w nienagannych koszulach, kamizelkach i krawatach.

 

Znalezione w sieci:
King Crimson w Zabrzu (2016) – Owacje po występie

 

© 2015 Frontier Theme